prof. zw dr hab dr h.c.

Kazimierz Popielski

strona oficjalna
Spotkanie z Życiem

Spotkanie z Życiem
Rozmowa z Ks. Prof. dr hab. K. Popielskim

Zamiast wprowadzenia

Ks. Prof. dr hab. dr h.c. Kazimierz Popielski urodził się 26 czerwca 1935 w Nowym Mieście. W rodzinie był drugim dzieckiem, miał pięcioro rodzeństwa: starsza siostra Danusia oraz młodsze: Renia (nie żyje od czerwca 2009), Janka, Maria i brat Tadeusz. Rodzice przed wojną nabyli kamienicę w Brodnicy, dokąd przeprowadzili się. Czasy wojny były trudne. Kiedy wybuchła wojna Ks. Profesor miał 4 lata. W tym czasie ojca zabrano do przymusowych robót. Wiele osób z bliższej i dalszej rodziny uwięziono w obozach koncentracyjnych. Profesor, żeby wesprzeć rodzinę tuż po wojnie „dorabiał” jako gazeciarz, ale zawsze według zasady: najpierw szkoła, a później gazety. Był ministrantem. Nieraz Mistrz wspominał, jak w niewygodnych drewniakach biegał po ulicy wykrzykując „gazety, gazety, gazety…”. Do dziś ma łzy w oczach wspominając, jak pewien człowiek okradł go zabierając i pieniądze i gazetę. Jak wywrócił się skacząc z ruszającego pociągu, przez co utracił tzw. „lepszą przepustkę” na sprzedaż gazet w pociągach. W tych trudnych czasach musiał szybko wydorośleć. W tym okresie trzeba było chodzić co parę dni kilka kilometrów po drzewo do lasu, po prowiant na wieś, zadbać o rodzeństwo i nauczyć się do szkoły. Ot, wspomina, zwykły los w tamtych, wojennych czasach.

Lata szkolne wspomina jako czas nauki i poznawania świata. W wieku szkolnym rozumiał i umiał docenić postawy nauczycieli, którzy uczyli od podstaw zapomnianej polskości, prawdziwej historii i prawdziwej Polski. To były trudne czasy.

Matka Ks. Prof., pani Zofia, była osobą mądrą życiowo, religijną i zapobiegliwą. Wiele osób znajdowało u niej wsparcie i pocieszenie. Dożyła sędziwego wieku (98 lata) doczekała się prawie wszystkich najważniejszych osiągnięć syna. Ojciec, pan Józef, był człowiekiem klarownych zasad społeczno-moralnych. Przez całe życie dużo i ciężko pracował. Zmarł wcześnie, mając niecałe 54 lata. Ks. Profesor był wówczas na drugim roku w Seminarium. Wspomnę tu pewną historię, którą Ks. Profesor wspomina. W czasie, gdy ojciec był ciężko chory, ks. Profesor poprosił o przepustkę, aby go odwiedzić w szpitalu w Bydgoszczy. Wiedząc, że pojedzie pod koniec tygodnia, w przeddzień nie zjadł swojej porcji (parówki), zawinął w serwetkę z myślą o podarunku. Rano, w dzień wyjazdu zabrał ją i pojechał z wizytą do chorego ojca. Podczas spotkania wyjmuje tę parówkę i daje ojcu, w tej samej chwili ojciec otwiera swoją szufladkę i mówi: „o proszę, ja też zostawiłem dla ciebie parówkę…”. Mistrz zawsze rozrzewnia się wspominając o tym.

Szanowny Czytelniku, dalsza część opowieści o życiu naszego wspólnego Mistrza w wywiadzie. Zapraszam.

To czego nie ma w wywiadzie…

Wywiad był przerywany milczeniem, podczas którego Ks. Prof. najpierw zanurzał się we wspomnienia, a potem próbował ubrać to w słowa…

…Moje życie…

Samo słowo życie związane jest z podwójnym jego rozumieniem i znaczeniem. Po pierwsze – jako coś, co winno być bliskie każdemu człowiekowi, jego bio-psycho-noetycznemu rozumieniu, rozwojem, byciem i stawaniem się. Wnikanie w jego istotę jest wielką satysfakcją poznawczą, przeżyciem emocjonalnym i jakby rodzajem modlitwy… W drugim znaczeniu – Życie jawi się jako wielki akt zaistnienia, fakt stworzenia. Przybliża on i powoduje wzrost takich doznań, jak: fascynacja, radość, uczestnictwo, satysfakcję, ale także niepokój i różnego rodzaju pytania.

– A trudy?

– Właśnie. Życie to także odpowiedzialność, trud i fakt „bycia i stawania się” egzystencji, to konieczność zaangażowania się weń i odnoszenia się ku Temu, który Jest. My nie koniecznie musimy być…, a jeśli już jesteśmy, to ten fakt egzystencjalny zobowiązuje i przerzuca nasze myślenie ku temu, który odwiekuiście Jest. Takie pytania i stwierdzenia staję się okazją do zadumy nad tym, co nazywa się życiem religijnym i tajemnicą ludzkiego bycia, jego rozwoju i dojrzewania, bycia i stawania się.

– Czy tego rodzaju mądrość życiowa zobowiązuje?

– Chyba jest niemożliwe, żeby tak nie było.

– Myśli, które Ksiądz Profesor rozwija, odbiorcę zarówno zobowiązują, jak i przerażają.

– Chyba rzeczywiście tak jest, może być i być musi, jeśli chcemy o sobie myśleć i siebie przeżywać w kategoriach prawd egzystencjalnych. Myślę w tej sytuacji o tym, o czym pisałem w swoich pracach, że człowiek zawsze jest i staje się. Staje się i jest „między” byciem i stawaniem się.

– A sprawy, o których ksiądz Profesor pisze: miłość, wolność, godność, odpowiedzialność, są trudne czy oczywiste?

– Zdarza się, że wiele osób słucha i odchodzi nic z tym nie czyniąc, ani nie czując „misterium” życia. Odchodzą nie podjąwszy trudu odkrywania, a nawet uciekają od fascynacji jakie niesie życie: spostrzegane, doświadczane i przeżywane, np.: w aspekcie ludzkiej duchowości. O tych sprawach z zadziwiającą otwartością, mądrością i szczerością pisze Prof. V.E.Frankl. Te kategorie uczynił przedmiotem swoich publikacji i wykładów. Postawił i mi zadanie. Pozostawił propozycję poszerzania refleksji nad ludzką egzystencją.

– Jeden z pierwszych artykułów naukowych księdza Profesora dotyczył „idei wiodącej”. Skąd ta intuicja w tamtym czasie i okresie życia?

– Był to rok 1972. Byłem świeżo dyplomowanym magistrem psychologii (pracę magisterską broniłem w roku 1969). Był to chyba także początek procesu samodzielnego myślenia naukowego. Pewnego razu, nie pamiętam w jakich okolicznościach, poszukiwałem odpowiedzi na pytanie „co daje człowiekowi siły do życia” (jest to także jedno z podstawowych pytań i odpowiedzi V.E. Frankla). Miałem już za sobą studia filozoficzno-teologiczne i psychologiczne. Uczęszczałem na wybrane wykłady z biologii (ks. W. Sedlak). Rodziły się pomysły rozwiązywania tego zagadnienia, ale oparte raczej na wyobrażeniach i podobieństwach spotykanych w podręcznikach psychologicznych i psychiatrycznych. W tym czasie ukazał się w Psychiatrii Polskiej artykuł profesora M. Jarosza o „ideach nadwartościowych”, rozumianych w podręcznikach jako zagadnienie nadwartościowego myślenia osób z zaburzeniami psychicznymi. W pewnym momencie przyszło mi na myśl, że dla zaburzeń tu wspomnianych istnieje specjalne pojecie, dlaczego nie wyjaśnić zdrowych idei wartościowych w języku normy? Stało się dla mnie jasne, że brakuje podobnego pojęcia dla myśli zdrowych, twórczych, dla trudu tworzenia. W Rocznikach „Summarium”, KUL, umieściłem wówczas artykuł pt. „Rola idei wiodącej w procesie integracji osobowości”[1]. Formułuję tu myśl o „idei wiodącej”, jej znaczeniu w procesach ludzkiego rozwoju. Prof. M. Jarosz artykuł mój zauważył, choć nie dyskutował z nim, ale w tekście dał znać, ze go zna. W ujęciu tym odróżniam wyrażenie myśli zaburzone od myśli zdrowych, które charakteryzują aktywność poznawczą i twórczą. Zwróciłem uwagę na rolę wartości jako wiodących sił rozwojowych.

W tym też artykule znalazło się coś, co określiłem pojęciem „noo-psychojatrogenii”. Zwróciłem uwagę na problem i zjawisko szkodzenia pacjentom poprzez wzbudzanie lęków i stosowanie nieadekwatnych psychoterapii i na fakt mało odpowiedzialnego odnoszenia się do wartości. Zaproponowałem wówczas termin psycho-jatrogenii oraz noo-psychojatrogenii mając na uwadze odpowiedzialność psychologów, bywa że jednostronnie interpretujących i niekontrolujących znaczenia sugerowanych rad, interpretacji, uwag i ocen.

Muszę dodać, że nie miałem w tej kwestii natychmiastowej jasności co do wyłożonych tu propozycji. Po jakimś okresie w czasie podróży do Warszawy spostrzegłem pole uprawy chmielowej. W tym kontekście uświadomiłem sobie, że takie pole może być przydatną analogią rozjaśniającą kwestię wzmocnienia i wsparcia ludzi. Analogię tę można także wyprowadzić z uprawy winorośli czy wszelkich roślin pnących, które nie mogą normalnie i owocnie rozwijać się i wzrastać bez wzmocnień i wsparcia (patrz zdjęcie obok).

Walka o człowieka i jego właściwe miejsce w psychologii

– A poszukiwania naukowe Ks. Profesora?

Psychologia fascynowała mnie, ale także niepokoiła. Moi przyjaciele ze Starogardu Gd., gdzie byłem wiele lat wikariuszem, nasączali mnie treściami, że psychologia służy rozwiązywaniu problemów pojedynczego człowieka, a socjologia – problemów grup społecznych. Okazało się to raczej formą życzeniową – psychologia jest po prostu nauką, która z definicji nie zajmuje się specjalnymi problemami człowieka: wartościami, sensem, celami, potrzebami duchownymi, itp. To sprawiło, że zacząłem poszukiwać na własną rękę rozwiązań głębszych i bardziej związanych z ludzką egzystencją. Modele kliniczne, statystyczne i eksperymentalne, jako jedyne sposoby dochodzenia do „ludzkiej psyche”, zaczęły mi się wydawać zbyt proste i mało adekwatne do przedmiotu badań, jakim zajmowała się psychologia. Eksperymenty na zwierzętach i ich wyniki są zbyt pewnie przenoszone na człowieka. Wszelkie refleksje „meta…” odkładano, jako pozanaukowe. W tej sytuacji odkryciem stała się tzw. III Wiedeńska Szkoła w Psychoterapii i osoba V. E. Frankla. Tu może ciekawostka: na wykładzie z teorii osobowości usłyszałem po raz pierwszy i wówczas jeszcze bardzo skrótowo o Prof. Franklu. Tę ideę poznałem głębiej i szerzej później – via USA. Staje się to jeszcze bardziej interesujące, gdy sobie uzmysłowimy, że Wiedeń leży od Lublina 800 km – a USA 8000. W Stanach poznałem J. Crumbaugha, który przekazał mi autorskie prawa do używania testu PIL (test bada cele życia) i Becka, psychoterapeutę kognitywnego, który także przekazał prawa korzystania z testu do badania depresji. Miłe gesty z ich strony. W Stanach napisałem artykuł ukazujący na „stanowisko człowieka w psychologii”. Nastąpił jednak nieprzewidziany wyjazd i sprawa uległa redakcyjnemu przedawnieniu.

Przy okazji pobytu w Monachium na stypendium Max Planck – Institut für Psychiatrie w zespole naukowym u Prof. J. C. Brengelmanna (1978/79 rok II semestr) – było wiele okazji do dyskusji o miejscu człowieka w świecie. Młodzi psycholodzy, z którymi spotykałem się w Instytutach z USA, Austrii, Niemczech, Szwajcarii przyznawali: „chyba ty masz rację, ale my musimy z czegoś żyć”.

– A teraźniejszość?

Tego rodzaju historie zdarzają się także w teraźniejszości: „mieć” dominuje nad „być”. W tak sformułowanych określeniach odbija się także problem współczesnej nauki.

 

Ja – wikariusz

– Zanim przyszedł Ks. Profesor na KUL na studia, 5 lat pracował jako wikariusz na parafii. Jak wspomina Ks. Profesor ten czas?

Jako wikariusz pracowałem w dwóch parafiach: w Przechowie (1960-1961) i w Starogardzie Gdańskim (1961-1965). Był to okres trudnej, intensywnej, ale satysfakcjonującej pracy. W pamięci mam kilka żywych obrazów.

Po święceniach (1960r.) zostałem skierowany jako wikary do Parafii w Przechowie. Byłem tam rok. Proboszczem był ks. A. Kreft. Z natury choleryk, był wspaniałym i dobrym człowiekiem. Bez problemów dialogowaliśmy na tematy pastoralne i aktualne.

Nowo wybudowany, tuż przed wojną, Kościół w Przechowie, w czasie wojny został spalony. Kościółek, w którym posługiwałem mieścił się w tzw. „baraku”. Plebania była tak mała, że mieszkałem we wsi u gospodarzy (ten dom stoi do dzisiaj). Żebym mógł dojeżdżać do kościoła i do szkoły na lekcje religii, proboszcz kupił mi motorower, tzw. „Komara”.

W okresie adwentu proszono mnie o przyjazd do sąsiedniej parafii, aby pomóc w czasie rekolekcji adwentowych. Był siarczysty mróz i dużo śniegu. Mogłem dojechać jedynie moim Komarem. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że w motorowerze nie działały światła. Konstrukcja przewodów była tak fatalna, że żarówki co rusz się przepalały. Nie zrezygnowałem z wyjazdu. Wkręciłem nową żarówkę, lampkę wzmocniłem „gospodarskim sposobem” – czyli przywiązałem zwykłym sznurkiem. Kilka zapasowych żarówek wziąłem do kieszeni i wyruszyłem w trasę. Żarówki przepalały się jedna po drugiej. Z tego powodu zatrzymywałem się kilkakrotnie. Szukałem pomocy u kierownika stacji kolejowej, u dyrektora szkoły, ale bezskutecznie. Mając w pamięci, że mam już tylko ostatnią żarówkę, żeby ją zaoszczędzić, w czasie jazdy wyłączałem światło co jakiś czas. Oceniając to zdarzenie z dzisiejszej perspektywy, było to bardzo postępowanie niebezpieczne: ja drogę widziałem słabo, a i sam byłem mało niewidoczny w mrokach ciemności. Na miejsce dojechałem szczęśliwie, ale z opóźnieniem. Udaję się w powrotną drogę. Wkręciłem żarówkę i bez problemu dojechałem z powrotem na jednej żarówce. Nie przepalił się. Ucieszony, odstawiłem „komara” do przedsionka. Rankiem wyjeżdżając do szkoły na lekcje chciałem motor uruchomić. Bezskutecznie. Mało tego, że światła nie działały, to jeszcze na dodatek nie chciał odpalić. Później okazało się, że mechanik miał poważne problemy z jego naprawieniem. A mnie udało się dojechać w tę ciemną, grudniową noc w jędną i drugą stronę!

Inny obrazek. Kościół stał na górce przy cmentarzu na piaszczystej ziemi. Dookoła niego prawie nic nie rosło. Wszystko wysychało. Najlepiej czuły się sosny. Moim marzeniem było zasadzić róże przy kościele. Graniczyło to z cudem przyrodniczym, przecież róże nie rosną na żółtym piasku. Tym niemniej podjąłem się tego zadania. Za zgodą proboszcza, który lubił „żeby coś się działo” i było „ładnie”, kupiłem róże, przygotowałem grunt: najpierw wsypywałem „normalna ziemię”, obficie podlewałem, wsadzałem róże i znowu podlewałem. Przyjęły się, a nawet cieszyły oko swoimi królewskimi kwiatami. Tak to wszystkich dziwiło, że nawet sekretarz partii powiedział do swoich współpracowników, którzy próbowali wytłumaczyć, że w tym miasteczku na tych piaskach, to nic nie da się zrobić. Na to sekretarz: „Jak to nie da się! Spójrzcie na proboszcza, u niego nawet róże kwitną na piasku”.

Kolejna parafia, w której posługiwałem, była w Starogardzie Gdańskim. Myśląc o tej parafii, zawsze mam następujący obraz przed oczami. Zima, śnieg, wigilia… jak zwykle zdarzało się to w tym czasie, tak i w tę wigilię wezwano mnie do śmiertelnie chorego. Poszedłem i tym razem. Wracając patrzyłem w okna domów, gdzie migały światełka, ludzie siedzieli w swoich rodzinnych gronach przy stole. Pomyślałem: tak, jak w „Nocnym locie” Exuperyego – wędrówka w nocnej ciszy, „cicha noc, święta noc”. Choinka znowu nie został przystrojona i znowu w tym roku nie zdążyłem ustawić jej w pokoju.

Moje początki jako psychoterapety

– A księdza Profesora praktyka terapeutyczno-psychologiczna?

Odpowiem krótko – tak, czyniłem to zawsze i czynię do tej pory. Pomagam zawsze bezinteresownie (tzn. bez żadnego honorarium), jeżeli tylko ktoś mnie o to poprosi. Na udzielenie tej pomocy zawsze mam czas.

Swoje doświadczenie terapeutyczne rozwijałem na stażu w szpitalach w Niemczech, na wielokrotnych konsultacjach i dyskusjach z Prof. V.E. Franklem i E. Lukas. W roku 1978/79 studiowałem „Logoterapię i psychoterapię” u Prof. V. E. Frankla, „Psychologię kliniczną” u Prof. E. Ringla na Uniwersytecie Wiedeńskim, „Diagnostykę osobowości” u Prof. Schneewinda na Uniwersytecie w Monachium. Gorzej było z systematyczną praktyką kliniczną. Myślę, ze w tym miejscu można powiedzieć, iż jestem samoukiem, konsultującym trudne problemy z Psychoterapii. W trakcie tych spotkań miałem okazję dyskusji przypadków i problemów specyficznej natury, tzn. nerwicy, pustki egzystencjalnej i nerwicy noogennej, stresu egzystencjalnego, onto– i no-lęku i niepokoju, itp., których ówczesna psychoterapia nie potrafiła stosownie wyjaśnić i leczyć. Chodziło o różne przyczyny depresji noo-egzystencjalnej, stresu, itp. Można by tu dużo mówić – ale chyba stałoby się to obciążeniem dla czytelnika.

– Jak zdobyte doświadczenia przełożyły się na praktykę w Polsce?

W pewnym momencie powstała idea z inicjatywy Prof. Z. Płużek i niektórych kolegów z seminarium magisterskiego i doktoranckiego, żeby założyć pierwszą na terenie Lublina poradnię psychologiczną. Byłem aktywnym organizatorem, a następnie kierownikiem „Zespołu Poradnictwa Psychologicznego” dla studentów przy DA KUL – od początku lat 80-tych. Poradnią kierowałem do czasu swego wyjazdu do USA (1984 rok). Była to bardzo interesująca inicjatywa. Po moim powrocie z USA poradnię przekształcono w poradnię Higieny Psychicznej dla Osób Zdrowych przy PTHP. Działała w latach 1985-1988. W tym właśnie oddziale, dla pracowników zespołu, Prof. V. E. Frankl wygłosił wykład podczas pierwszego pobytu w Lublinie. Prowadziłem w niej m.in. poradnictwo, psychoterapię oraz warsztaty naukowe. Wszystkie porady były udzielane bezpłatnie. Taka pomoc była wówczas realizowana na prośbę różnych osób oraz zainteresowanych studentów.

Do księdza Profesora przyjeżdżają ludzie po pomoc nie tylko z różnych zakątków Polski ale także z zagranicy?

Powtórzmy. Na prośbę zawsze odpowiadam pozytywnie. Własnej poradni nie prowadzę. Czynię to w różnych okolicznościach i sytuacjach. Często po wykładach, ale najchętniej pomieszczeniach Katedry Psychoterapii i Psychologii Zdrowia, którą prowadzę w KUL. Pani doktor pyta wprost. Odpowiadam więc także wprost: tak, przyjeżdżają. Miałem pacjentów m.in. z Niemiec, Belgii, Israela. Wyleczyłem takie przypadki nerwicy jak: nerwicę kulturową (przypadek z Belgii), lęk: przed windą (przypadek z Niemiec), przed pająkami, przed ciemnością, mówienia przed grupą (pewien dyrektor firmy), przed ludźmi (osoba, która pracował na co dzień z innymi osobami), przed rozmowami przez telefon (przypadek z Niemiec), pocenie się dłoni (księgowy z Niemiec), przed czerwienieniem się (młody seminarzysta), a także przypadek skrupulatności sumienia (młoda nastolatka), i wiele innych osób. Wszystkich obowiązywały i obowiązują te same zasady, o których wspomniałem wcześniej.

 

Spotkania z V.E.Franklem

– Proszę opowiedzieć jak doszło do pierwszego spotkania z Prof. V. E. Franklem?

Jak już wspomniałem wcześniej, były to późne lata 70-te. Rozwój psychoanalizy i behawioryzmu sprawiał, że autentyczna „psychologia egzystencji” dotycząca „prawdziwego” człowieka była raczej zepchnięta na margines. Nie byłem zadowolony z tego rodzaju sytuacji. Poszukiwałem czegoś więcej. W psychologii poszukiwałem człowieka. Pojawiły się pewne rozjaśnienia w postaci psychologii kognitywnej i idei psychologii humanistycznej. Niepokój poznawania coraz bardziej zbliżał mnie do amerykańskiej psychologii humanistycznej. Korespondowałem z C. Rogersem, R. May’em. Wówczas natrafiłem na myśli V. E. Frankla. Nieprzewidziany (po wcześniejszej nieudanej próbie uzyskania stypendium na wyjazd na studia do USA) wyjazdu do Stanów. Tu spotkałem się z dużym zainteresowaniem Analizą Egzystencjalną i Logoterapią V.E.Frankla. Wprawdzie Frankl żył i działał we Wiedniu, ale wówczas Wiedeń był dla nas tak odległy, że mogłem tylko marzyć o tym, że spotkam twórcę tego kierunku, który przybliżał człowieka-człowiekowi.

Pierwszy wyjazd do Wiednia odbył się via Rzym. Siostry Nazaretanki zaprosiły mnie do Rzymu na dwu tygodniowy pobyt. Muszę tu wspomnieć wspaniałomyślność i wyrazić podziękowanie ówczesnej Przełożonej Generalnej w Rzymie, że była uprzejma zaprosić mnie, opłacić drogę i pobyt w Rzymie. W drodze powrotnej z Rzymu zatrzymałem się we Wiedniu z myślą o Prof. Franklu. Powiem krótko: była to podróż trudna, pobyt biedny, pełen wysiłku i poznawczych niespodzianek.

Otóż to. Zaczęło się od tego, że nie mogłem znaleźć noclegu. Tam, gdzie miałem adres z polecenia, nie udało się zamieszkać. W tym nieszczęściu miałem „szczęście”. Przypadkowo, na peryferiach Wiednia znalazłem nocleg w jakimś domu emerytów. Siostra, która otworzyła mi furtę, jak okazało się, wcześniej była pielęgniarką w szpitalu psychiatrycznym, gdzie V.E.Frankl był ordynatorem. Dzięki niej udało mi się umówić na spotkanie z Profesorem. Z racji, że nie byłem pewny swego niemieckiego, siostra towarzyszyła mi i poprzez tłumaczenie ułatwiła porozumienie się.

Tu mała dygresja:

Siostra pochodziła z Polski, a dokładnie ze Śląska. Gdy spotkałem ją po raz pierwszy już była w zaawansowanym wieku. Spotykaliśmy się jeszcze raz. Gdy byłem kolejny raz po latach, tradycyjnie odwiedziłem ją. Okazało się, że jest w stanie agonalnym. Poszedłem do szpitala. Poznała mnie. Chwilę porozmawialiśmy. Kiedy odchodziłem, powiedziała mi: „Widzisz, już niedługo umrę, i któż Ci pomoże w tym Wiedniu”. Do dziś ze wzruszeniem wspominam te słowa. Gdy przyjechałem do Wiednia ponownie, już nie żyła.

Otóż wracając do spotkania z Profesorem Franklem, to pierwsze spotkanie było niezwykłe. Nie wiem, jakie wrażenie wywarłem na sędziwym już wówczas Profesorze, wiem natomiast na pewno, że odtąd stałem się przyjacielem Państwa Frankl. W trakcie kolejnych spotkań ta przyjaźń pogłębiała się.

W tym miejscu pragnę dołączyć kilka faktów rysujących sylwetkę Profesora i jego żony Elly. Była to pod względem intelektualnym bardzo nobliwa para małżeńska. Profesor był z natury spontaniczny i dynamiczny. W kontaktach z ludźmi był cierpliwy, otwarty i tolerancyjny. Miał za sobą obozy koncentracyjne, cierpienie, utratę manuskryptu i wiele śmierci najbliższych. W obozie zginęła pierwsza żona z nienarodzonym dzieckiem, ojciec, matka i brat. Profesor nie rzucał nieznaczącymi fachowymi pojęciami, a jeżeli o czymś mówił – starannie dobierał słowa. Nie znosił hipokryzji, fałszu i przymilnej głupoty, co mogło być odbierane nawet jako szorstkość. Był cierpliwy w dociekaniu myśli. Po tym spotkaniu postanowiłem ulepszyć swój język niemiecki. Elly zawsze towarzyszyła mężowi podczas pracy autorskiej i wszystkich spotkań, wyjazdów i wykładów. Organizowała wszystkie bieżące sprawy, była pierwszym odbiorcą powstających tekstów. Przepisywała je i dyskutowała o nich.

Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że po naszym pierwszym spotkaniu Frankl w stosunku do mojej osoby zacytował wiersz poety F. Hőlderlina (1770-1843):„Kto nastąpi na swoją nędzę, staje się większy”. Pierwszym adresatem tego cytatu była żona Profesora – Elly. Kiedyś wspominając te czasy Elly powiedziała, że nie przypomina sobie, by w stosunku do jeszcze kogoś innego użył tych słów.

Profesor był osobą religijną i głęboko wierzącą. Modlił się z pamięci psalmami w języku hebrajskim i łacińskim. Od pierwszego spotkania wiedział, że jestem księdzem katolickim. Spotkań z Profesorem Franklem było wiele, bardzo wiele – każde kończyło z nich się słowami: „Betten Się fűr uns” (módl się za nas).

– Ks. Profesor wspominał, że V.E. Frankl był nie tylko otwarty i szczery w stosunku do Ks. Profesora, ale także powierzał Księdzu wiele spraw?

Tak. Profesor Frankl powierzał mi sprawy, o których nie mówił innym osobom. Powierzał mi swoje plany, marzenia, ale także niepokoje i różnego rodzaju przykrości spotykane od różnych osób. Skarżył się np. na odpisywanie jego tekstów bez cytowania, co zresztą bardzo często zdarza się w naukowej rzeczywistości, lub w ogóle pomijanie go, jako autora swoistych sformułowań. Pamiętam jego rozgoryczenie, kiedy ktoś w Szwajcarii przepisał zdania z książki Frankla i pominął go w cytowaniu. Cytat dotyczył bardzo charakterystycznego sformułowania Profesora, brzmi on mniej więcej tak: „gdyby człowiek nie doświadczał sensu życia, nie byłby w stanie poruszyć nawet palcem u nogi”. Frankl przeczytał ten fragment, nie wspominając wcześniej skąd pochodzi, zapytał mnie: „czy wiesz skąd pochodzi ten tekst”? Powiedziałem, że wiem – pochodzi od Profesora. Profesor kontynuował: „Widzisz Elly – on wie skąd pochodzi ta cytacja, a w Szwajcarii tego nie wiedzą”.

Jednym z powierzeń i zarazem prośbą Profesora Frankla (wyrażona w liście), jest zadbanie, aby w polskim wydaniu którejś z książek ukazał się artykuł „sens ostateczny”, który powstał już po ich wydaniu w Polsce. Starałem się o to, ale bezskutecznie. Propozycja ta nie spotkała się z pozytywną odpowiedzią w wydawnictwach, ani w Warszawie, ani w Krakowie, które wówczas wydawały prace Frankla. Z przykrością myślę, że od roku 1978 do tej pory książki Frankla „Bóg nieuświadomiony”, „Psychoterapia dla każdego”, ani Homo Patiens nie zostały ponownie wydane.

– Ks. Profesor studiował u Prof. Frankla analizę egzystencjalną i logoterapię.

Tak, rozpocząłem studia z logoterapii, które prowadził V.E. Frankl dla chętnych osób z Europy. Profesor miał taki zwyczaj, że zawsze przed wykładem wywoływał osoby z poszczególnych krajów. Były tam osoby m.in. z: Niemiec, Anglii, Szwajcarii, Japonii, Włoch. Podczas jednego z pierwszych wykładów, na którym byłem, Profesor zapytał, czy jest jeszcze ktoś z innego kraju? Zgłosiłem się. Padło pytanie „skąd jestem?” Odpowiedziałem, że z Polski. Zapytał o moje nazwisko. Powiedziałem, że Popielski. Profesor wówczas zapytał, czy jestem z Lublina? Odpowiedziałem, że tak. Wówczas padło: „znam Ciebie z twoich publikacji…” i poprosił mnie o spotkanie po wykładzie. Dyskutowaliśmy wyniki z badań testem PIL (Croumbaugha, Maholicka). Zaproponował, żebym poszedł do mieszkania Profesorstwa.

Profesor miał dar mówienia o dziedzinie swoich koncepcji w sposób interesujący i równocześnie pouczający. Powiedziałem o naszych polskich badaniach. Odtąd ten scenariusz odprowadzania stał się „obowiązkiem”. Profesor wręcz dopytywał się, czy jest Popielski i zawsze prosił o odprowadzenie. Słuchacze zaczęli pytać, czy jestem asystentem Profesora? Później zaczął zapraszać na spotkania do restauracji. Starał się pokazać ich różne rodzajeZa każdym razem chodziliśmy do innej. Zaprowadził nawet do MacDonalda, teraz jest to tak powszechne – wcześniej to była nowość.

– A dalsze dzieje?

Przy okazji studiów u Prof. Frankla, poznałem innych logoterapeutów zarówno z Europy, jak i z innych krajów świata (Stany, RPA, Brazylia, Włochy, Niemcy, no i ja z Polski). Byłem w San Diego na I Światowym Kongresie Logoterapeutów. W tym okresie w Ameryce był wielki boom na logoterapię: na uniwersytetach, tworzyły się Instytuty, itp. W San Diego na życzenie Frankla wygłosiłem referat pt. „Karol Wojtyła a Logoterapia”. Wyjazd do San Diego był o tyle niezwykły, że wybierałem się na niego „z marszu”. Był również bogatyy w doświadczenia.

Bilety samolotowe były wówczas zaskakująco tanie. Udało się w miarę sprawnie załatwić formalności wyjazdowe. Pierwszy odcinek lotu i przesiadka była w Nowym Jorku. Na drugi dzień trzeba było pokonać odległość do San Diego. Po raz pierwszy leciałem samolotem. Miałem poczucie sensu i przeświadczenie sensowności tej podróży: fizycznie trudnej, ale duchowo bogatej.

Wspomnę kilka wydarzeń. W Nowym Jorku, przy kolejnych sprawdzaniach bagaży, jacyś Państwo ze zdenerwowania nie mogli zapakować swojego bagażu z powrotem do walizek. Byli tak emocjonalnie wyczerpani kontrolami, że nie mogli sobie z tym poradzić. Podszedłem do nich i zaproponowałem pomoc. Wspólnie zapakowaliśmy walizki. Poczuli się tym wzmocnieni i z wdzięcznością przedstawili mnie swoim rodzicom. Zostawali w Stanach na zawsze. Następnie musiałem znaleźć jakiś kiosk, żeby kupić znaczki na list, który obiecałem wysłać. Kiedy wróciłem z poczekalni do taksi, okazało się, że jestem całkiem sam. Do miasta daleko, dalszy lot dopiero nad ranem. Nie wiedziałem co robić. Nagle podchodzi do mnie pan z którym leciałem tym samym lotem z Warszawy. Pamiętam, że bardzo bolał, ze wylatuje z Polski. Rozmawialiśmy o tym w trakcie podróży. Zdziwiony zapytał co tu robię, przecież już nikogo nie ma. Zaproponował, że przenocuje mnie, przedzwonił i oznajmił, że żona już nas oczekuje. Bardzo ucieszył się, że jestem z KUL-u. Jutro, dodał, przywiezie mnie z powrotem na lotnisko. Mieszkał tu „nie daleko” tylko 2 godz. jazdy samochodem. Zapomniałem o wszystkich przestrogach podróżnych, żeby nie zadawać się z obcymi. Wbrew temu wszystkiemu pojechałem, bo faktycznie nie wiedziałem co z sobą zrobić. Na lotnisku nie mogłem pozostać. Po drodze gospodarz zajechał do sklepu, kupił dużo dobrej szynki (polskiej) i dotarliśmy na miejsce. Mieszkanie było czyste. Jego żona mieszkała już w nowym mieszkaniu, a on jeszcze w tym starym (byli w trakcie przeprowadzki). Wkrótce naszedł mnie lęk. Była to obca i niespodziewana sytuacja. Do spania przeznaczył mi jeden pokój, sam poszedł do innego. Mimo zmęczenia nie mogłem zasnąć z „nowości i niepewności”. Nachodziły mnie jakieś koszmarne obrazy, knułem ucieczkę „w razie czego”. W tym, z sąsiedniego pokoju usłyszałem półgłosem słowa: „Zdrowaś Maryjo… módl się za nami…”. Jak błysk przebiegła mnie myśl: tu możesz spać spokojnie, tu nic złego nie może cię spotkać. Zasnąłem natychmiast. Rano, znajomy podróżny, po śniadaniu odwiózł mnie na lotnisko. Poleciałem dalej do San Diego.

Dlaczego opowiedziałem tak szczegółowo tę historię? Dlatego, że po dziś dzień nie mogę pojąć jak i dlaczego mój nieznajomy znalazł się na pustym już dworcu?, Dlaczego przed lotniskiem jeszcze stała ostatnia i oczekująca taksówka? Myślę, że wyjaśniają wszystko słowa, które usłyszałem zza drzwi…

Hotel w San Diego, w którym odbywał się Kongres był ogromny. Pokoje i korytarze przestrzenne. Po przyjeździe, idąc korytarzem, nagle usłyszałem zdziwiony głos Prof. Frankla: „Elly, patrz, Herr Popielski jest tu”. Byli bardzo zdziwieni i uradowani moją obecnością. Ich zdziwienie tak dalece pozostało w pamięci, że przy każdym spotkaniu Elly wspomina, „a pamiętasz, jak przyjechałeś do San Diego?”

W San Diego pozostałem cztery dni. Z tego pobytu mam następujące wspomnienia. Pierwsze. Doświadczyłem oficjalnego i miłego przywitania przez przewodniczącego komitetu organizacyjnego, prof. Fabry’ego. Przywitał mnie jako gościa specjalnego tymi słowami: „Wyobraźcie państwo, kto jest wśród nas? Dr Kazimierz Popielski z Polski!” Wywołano mnie oklaskami, uczestnicy powstali na powitanie. Był to dla mnie zaszczyt, ale i zdziwienie. Cała sala klaskała na stojąco. Być może dlatego, że przyjechałem „z dalekiego kraju”? Podobne przywitanie spotkało mnie jeszcze raz w Auli Uniwersyteckiej w Regensburgu na III Światowym Kongresie Logoterapii. Wymieniano wielu gości, wśród nich rektora Uniwersytetu. W pewnej chwili przewodniczący komitetu organizacyjnego, Prof. Fabry, przywitał mnie jako gościa i prelegenta tego spotkania. Uczynił to w słowach bardzo przyjaznych. Byłem zdziwiony, wzruszony i wdzięczny.

Drugie. Odwiedziłem Uniwersytet, rozmawiałem z różnymi osobami. Interesujące i chyba przypadkowe było spotkanie ówczesnego Ministra Zdrowia Meksyku, która także była zafascynowana ideami Logoterapii. Chcąc mi zapisać adres, wyjęła obrazek Josemarii Escrivy – twórcy Opus Dei i kiedy powiedziałem, że znam go – była bardzo uszczęśliwiona. Tu taka myśl: „spotkanie w Dobru i przez Dobro”.

Obrony V.E. Frankla

– Przydarzyło się również ks. Profesorowi bronić idei naukowo poznawczych V.E.Frankla.

Tak, faktycznie. Jak już wspominałem, z Prof. Franklem spotykałem się bardzo wiele razy. Przyjmował mnie zawsze, ilekroć zgłaszałem się do niego będąc w Wiedniu. Nigdy nie odmówił spotkania, nawet, gdy był ciężko chory w szpitalu i już nikogo ze znajomych nie przyjmował. W tym kontekście pragnę wspomnieć dwa fakty, które pozostały mi w pamięci. Frankl był tym, który burzył mury podziału i niechęci, które nieraz powstają niewiadomo jak i skąd. Obydwa przypadki miały charakter obrony Profesora w sytuacji nieporozumień związanych z jego koncepcją.

Pierwsza sytuacja miała miejsce w Salzburgu. Było to na sympozjum poświęconym Analizie Egzystencjalnej i Logoterapii (patrz zdjęcie obok).

Któryś z młodych dyskutantów nie zgadzał się z myśleniem Frankla w temacie wartości. Młody człowiek był bardzo bojowo nastawiony i zadawał dużo pytań w stylu atakującym. Trochę mnie to zabolało i zezłościły nietakty dyskutanta. Postanowiłem zmienić sytuację wskazaniem, ze Prof. Frankl jest dostrzegany i ceniony w ZSRR, a konkretnie na Uniwersytecie Moskiewskim. Przypominam sobie dokładnie zdanie z tej wypowiedzi: „Czy pan Profesor wie, że w jednym z podręczników w ZSRR Pańską teorię Logoterapii przyjęto wprawdzie dyskusyjnie, ale z wysokim zainteresowaniem i akceptacją?”. Reakcja sali (około 1000 osób w Auli Uniwersytetu w Salzburgu) zdziwił mnie. Po tej wypowiedzi, uczestnicy naraz „jakby” zrozumieli problem. Nikt więcej o nic nie pytał i przestano dyskutować nad tym, co zresztą było tak zrozumiale przedstawione w wykładzie Profesora.

Po raz drugi było dane mi stanąć w obronie Mistrza w późniejszym już czasie. Podczas dyskusji okazało się, ze problematyką sensu i wartości zaczęto sprowadzać w stylu „new age”. Było mnóstwo pytań i stwierdzeń redukujących wielkie pytania człowieka do „szumu wiatru w gałęziach”, „przepływu obłoków na niebie”, itp. Przydarzyło się to w wypowiedzi jednej ze znanych pisarek niemieckich. Zabrałem wtedy głos. Tym razem udało mi się sformułować wypowiedź w kilku krótkich zdaniach, które w języku niemieckim wybrzmiały chyba bardziej przekonywująco, niż to teraz sformułuję. W tę wypowiedź byłem emocjonalnie bardzo zaangażowany. Powiedziałem mniej więcej tak: „Proszę Państwa, logoterapia dojrzała już do poważnej wiedzy w tematyce sensu i wartości, prewencji i psychoterapii”. Po czy dodałem: „Przyjechaliśmy tu do Wiednia, żeby uhonorować Profesora Frankla i jego dzieło. Przyjechaliśmy, żeby zdać sprawozdanie z osiągnięć i badań naukowych. Przyjechaliśmy tu, żeby powiedzieć i naukowo potwierdzić, że motywacja sensu i dążenie do wartości jest głęboką motywacją i wiedzą odnoszącą się do ludzkiego życia. Chcę także powiedzieć, że poczucia sensu życia nie można sprowadzać do nawet sympatycznego podmuchu wiatru, ani zachwycających chmur. I dodałem: „w Nim, z Nim i przez Niego” jesteśmy i stajemy się”. Sala zareagowała pozytywnie, choć niewątpliwie byli i tacy, którym bardziej było bliskie stwierdzenia o wietrze i chmurach.

– Czy Prof. Frankl jakoś zareagował?

Nie. Profesor nigdy tego nie czynił. Dodam, ze swoją prelekcję wygłosił siedząc. Był wtedy już starym człowiekiem i bardzo zmęczonym i chyba dziwił się, że można tak płasko i płytko zinterpretować jego naukowe propozycje. Mam wrażenie, że moja wypowiedź spodobał się wielu. Zgłaszali mi później, że rozumieją, co chciałem przez to powiedzieć.

V. E. Frankl na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim

– Profesor V.E. Frankl był dwa razy na KUL-u. Proszę o tym opowiedzieć.

Profesor Frankl z wykształcenia był przyrodnikiem, filozofem, psychiatrą i neurologiem. Był znakomitym psychoterapeutą, doradcą, rozmówcą w szczególnie trudnych przypadkach. Dwadzieścia pięć lat był kierownikiem Kliniki Neurologii i Psychiatrii we Wiedniu.

Pierwszy przyjazd V.E. Frankla do Polski był w roku 1985. Zaprosiłem Profesora na III Sympozjum Logoterapii pt. „Sens życia jako kategoria antropologiczno-psychoterapeutyczna”. Sympozjum odbyło się 16-17 listopada na KUL-u. Dwa pierwsze sympozja z Logoterapii zorganizowałem w roku 1977 (Nałęczów) i 1982 (Warszawa). Pamiętam tłumy ludzi w auli uniwersyteckiej, na korytarzach, schodach, dziedzińcu. Przed aulą, niespodziewanie ustawiono telebim, aby ci, którzy nie zmieścili się w niej mieli możliwość wysłuchać wykładów Profesora. Mówiono o kilku tysiącach osób, którzy przyszli na spotkanie z Franklem. Wykład przybliżył słuchaczom koncepcję „analizy egzystencjalnej” i logoterapii. Frankl przekracza tym podejście ujęcia zarówno horyzontalne, jak i wertykalne ograniczenia innych szkół psychoterapeutycznych. Profesor nie zawsze był właściwie rozumiany i oceniany, ale zawsze był entuzjastycznie przyjmowany.

Drugi przyjazd V.E. Frankla był w 1994 roku. Było to kolejne V Smpozjum Logoterapii: pt.: „Poczucie sensu życia jako fenomen egzystencji. Otrzymał Doktorat h.c. naszego Uniwersytetu, był to 26 z kolei doktorat honoris causa. Był nim bardzo usatysfakcjonowany. Wygłosiłem wówczas laudację. Towarzyszyłem również w drodze na Majdanek i modlitwie przy prochach spalonych tam więźniów. W czasie, gdy mały chór księży śpiewał De profundis – był głęboko wzruszony. Podczas tego pobytu również usłyszał Ave verum w wykonaniu chóru Akademickiego, ale do tego jeszcze wrócę.

 

Ostatnie spotkanie z V. E. Franklem

Ostatni raz Profesora Frankla widziałem i rozmawiałem w klinice, ale pożegnanie nastąpiło pół roku wcześniej, przy jego domu. Jak zwykle byliśmy na obiedzie w jednej z restauracji. Odprowadzając Państwa Frankl do domu, tradycyjnie żegnaliśmy się przy drzwiach wejściowych. …Trudno mi o tym mówić, ale miałem głębokie przeczucie, które mną poruszyło – wiedziałem, że widzę Profesora ostatni raz. Spojrzeliśmy na siebie. On też o tym wiedział. Uścisnęliśmy się. Świadkiem tego była żona Profesora – Elly, która zawsze towarzyszyła naszym spotkaniom. Można by tu opowiadać szczegółowiej, ale „reszta” powinna być milczeniem. Wielkie pożegnanie, po ostatnim spacerze we Wiedniu!

Potem, będąc już w szpitalu, przyjmował mnie nawet wówczas, gdy już żadnych gości nie przyjmował. Po latach dowiedziałem się, że umierając słuchał nagrania Ave verum. Nagranie, które otrzymał od naszego chóru na kasecie podczas pobytu na KUL-u. Do tej pory nie mogę o tym obojętnie myśleć i mówić, zwłaszcza, gdy uświadomimy sobie treść tego hymnu i osobiste dzieje życia Frankla. Jakiś czas po śmierci Profesora, Elly powiedziała, że „Ty chyba nie zdajesz sobiesprawy ile znaczyłeś dla Viktora”, i dodała: „Viktor niedługo przed śmiercią powiedział, że chce być z tobą, Kazimir, na ty”. Jest to znaczące wyróżnienie w mieście cesarskim.

Wiecie Państwo, że do tej pory nie miałem sposobności być na grobie V. E. Frankla, bo on dla mnie pozostaje żywy. Żywy w swoich ideach, przyjaźni, intelektualnej bliskości i w moich (naszych z Elly) wspomnieniach.

Frankl, Przyjaciel i osobisty doradca kilku kolejnych prezydentów Austrii, szeroko znana postać Wiednia, odznaczony wieloma najwyższymi honorami Europy i świata, wielki mówca, doskonały stylista, mistrz tematów trudnych wyrażanych w prostym języku, odważny, gdy zaistniała taka potrzeba. Ujawnił to chociażby w kwestii tzw. „winy kolektywnej”. Profesor uważał, ze każdy człowiek ma sumienie i każdy człowiek ponosi odpowiedzialność za zło! Nie można usprawiedliwiać siebie tym, że – „wszyscy są winni”. To znaczy kto? Pani doktor pyta o ostatnie spotkanie z Viktorem. A może będzie to wielka niespodziakna? Proszę pozwolić odpowiedzieć w duchu wiary, nadziei i miłości: Życie – Ave verum…

Mój Wiedeń

Wyjazd do Wiednia był zawsze wielkim moim pragnieniem. Przecież to miasto Freuda, Adlera i Frankla. Miasto trzech szkół Psychoterapeutycznych, tak różnych w swoich założeniach metodologicznych, terapeutycznych i celach poznawczych. Nim dostałem się do Wiednia, była cała gama przygód w podróży. Najpierw celnik na granicy zabrał mi cały mój kapitał – 10 dolarów, bo nie miałem jakiegoś zaświadczenia o którego potrzebie nie miałem pojęcia. To skomplikowało przybycie, bo nie miałem pieniędzy na tramwaj. Język niemiecki był także raczej teoretyczną umiejętnością, a tu trzeba było władać żywym językiem i jeszcze na dodatek w dialekcie wiedeńskim. W końcu ledwie żywy dojechałem z walizkami do celu. Zamieszkałem u bardzo życzliwych sióstr Werbistek. To był mój pierwszy pobyt w Wiedniu.

– A kolejne?

Innym razem dostałem stypendium Pax Christi Diecezji Wiedeńskiej. Było to stypendium na naukę niemieckiego. Były kolejne spotkanie z Prof. V.E. Franklem. Przyjmował mnie bardzo nobliwie, oczekiwał z małżonką o wyznaczonej godzinie w przedpokoju. Nie miałem praktycznej wprawy w mówieniu po niemiecku, ale rozmowa dzięki mądremu prowadzeniu przez Profesora była owocna oraz zachęcająca do dalszej nauki zarówno j. niemieckiego, jak i studiowania książek Frankla w języku oryginalnym. Podczas tych spotkań otrzymałem pierwszy książki z dedykacjami Profesora (patrz. zdjęcie obok).

– A teraz, po latach jakie przychodzą wspomnienia, gdy chodzi Ks. Profesor ulicami Wiednia…?

Teraz wszystko jest coraz bardziej obce, tym niemniej wspaniałe. Doskonale pamiętam każdą ulicę, gdzie chodziłem z Franklem, pamiętam przy jakich wystawach sklepowych zatrzymywał się, żeby odpocząć. Pamiętam miejsca i historie, które mi opowiadał o tych miejscach. Odwiedzam księgarnie, gdzie studiowałem jego i nie tylko jego książki, bo nie zawsze mogłem sobie pozwolić na ich kupno. Tu opowiem pewne zdarzenie. Otóż chodziłem do księgarni niedaleko miejsca zamieszkania Frankla, w której przeglądałem książki i czsopisma. Czasem dyskretnie notowałem coś w notesiku. Pewnego razu pracownicy księgarni zauważyli to i zwrócili mi uwagę, że czytać i przeglądać można, ale nie wolno robić notatek. Bardzo mnie to zabolało. Mało tego, że z takim trudem jechało się w świat po wiedzę, nie miało się za co kupić książek, to na dodatek kłopoty z notatkami. Pewnego razu wspomniałem o tym wydarzeniu Franklowi. Proszę sobie wyobrazić, że osobiście zadzwonił do tej księgarni i powiedział, że do Państwa przychodzi pewien człowiek (tzn. ja), że go zna osobiście i że prosi, żeby pozwolili czytać i notować to, co tylko sobie zażyczy. Tak też się stało. Kiedy poszedłem innym razem, nie zwracano mi uwagi, wręcz odwrotnie przynoszono wszystkie nowości psychologiczne. Życie!

Ostatnio w grudniu 2009 gdy odwiedziłem Elly w ich mieszkaniu – poczułem, jakbym znowu zanurzył się w tamte czasy. Proszę sobie wyobrazić, że w mieszkaniu nic do tamtej pory nie zmieniono. Wszystko jest tak samo i na swoich miejscach. Siedziałem na tej samej kanapie i na tym samym miejscu jak przed laty. Tylko brakowało jednego – Gospodarza. Miało się wrażenie, że wyszedł gdzieś na chwilę, do sąsiedniego pokoju. Proszę sobie wyobrazić, że mój Wiedeń tak naprawdę to już wymarł… Nie ma Frankla, nie ma K. Dinelta, P. Polaka, E. Kozdery (współpracownicy Frankla). Tak, nie ma już nikogo z tych, których znałem i których odwiedzałem. Pozostała jeszcze Elly, która też jest już staruszką.

Wyjątkowi ludzie w moim życiu

– Spotkania z jakimi osobami Ks. Profesor ceni i podkreśla najbardziej?

A wiec, najpierw wspomnę o Profesorze Brengelmannie i o P. Tournierze.

Prof. J. C. Brengelmann był Dyrektorem Max Planck Institutu für Psychiatrie. Zawsze marzyłem o tym, żeby odbyć dłuższą praktykę kliniczną w jakimś szpitalu, by spotkać się z osobami chorymi, a tym samym z zaburzeniami, które były trudne do leczenia tradycyjnymi metodami. I w końcu udało się. Krótko opowiem o jednej z placówek, gdzie spełniły się moje marzenia. Była to klinika psychiatryczna w Monachium, gdzie psychiatrą i psychoterapeutą był Prof. J.C. Brengelmann. Profesor był wszechstronnie wykształcony, dr med., dr biologii, dr psychologii. Prowadził instytut zajmujący się psychiatrią i psychoterapią behawioralną w Monachium. Profesor był organizatorem I Kongresu Terapii Behawioralnej w Lugano (Szwajcaria).

Trafiłem tam przez tzw. przypadek losu. A więc. Przyszedłem do Max Planck – Institut, żeby zorientować się o możliwości praktyk. Niestety bez pism polecających i żadnych referencji. Nie otrzymałem ich przed wyjazdem. Portier w Instytucie zorientował się, że ma do czynienia z obcokrajowcem, zapytał skąd jestem. Powiedziałem, że z Polski. Zadzwonił do sekretarki Prof. Brengelmanna żeby spytać czy profesor mnie przyjmie. Odpowiedź była, że nie! Wówczas portier powiedział: „ależ proszę Pani, ten człowiek jest z Polski, przecież nie może tu co dzień przyjeżdżać…”. Wówczas sekretarka zadzwoniła do Profesora. Zostałem przyjęty. Profesor rozmawiał ze mną z zaciekawieniem i aprobatą. Miałem szczęście, bo akurat stypendysta ze Stanów nie przyjechał. Profesor zadecydował o przekazaniu mi tego stypendium na okres 6-ciu miesięcy (dłużej nie mogłem być za granicą z uwagi na formalności paszportowe) oraz oznajmił mi, ze jestem stypendystą Max Planck – Institut. Świat zawirował! Wydaje się, że wówczas byłem pierwszym stypendystą tego Instytutu z Polski. Dzięki dokumentom, które otrzymałem z Instytutu, jako stypendysta, mogłem jeździć po Europie, co wówczas z uwagi na ograniczoność wyjazdów było nie do wyobrażenia.

Po dłuższej rozmowie okazało się, profesor w czasie II wojny światowej stracił obydwie nogi pod Lublinem. Był wielkim kibicem piłki nożnej i wiedział o sukcesach piłkarza Dejny, mojego ucznia z lekcji religii ze Starogardu Gd. Później byłem kilkukrotnym uczestnikiem spotkań z Profesorem i u tego wybitnego psychiatry i psychoterapeuty.

Dr Paul Tournier. Był Szwajcarem, mieszkał w Genevie i miał bardzo ścisłe związki z powstawaniem i początkiem Czerwonego Krzyża. Poznałem go na spotkaniach seminaryjnych prowadzonych przez Klausa Thomasa. Paul był lekarzem. Zaprosił mnie do siebie opłacając pobyt w jednym z hoteli Genewskich. Miał już wówczas za sobą sukces wydawniczy – 1 mln egzemplarzy sprzedaży książek wydanych w Herderze. Wśród jego sukcesów życiowych należy wspomnieć inicjatywę koncepcji „medycyny osoby”. Myśl ta była mi także bliska. Gościł mnie wspaniałomyślnie w swojej pięknej willi, dyskutowaliśmy o osobie jako podmiocie/przedmiocie medycyny i chrześcijańskiej kulturze z której wyrosła wielkość Europy. Atrakcją tego pobytu był wyjazd na jeden z lodowców, gdzie podawano szynkę wysuszoną na lodowcu i słońcu. Paul zaprosił mnie także na spotkanie medycznych personalistów do Włoch, gdzie miałem wykład. Tu spotkałem wspaniałego lekarza D. Pilorge (Lekarze bez granic). Daniel miał jeszcze jeden dar – był humorystą. Mnie także tego nie brakowało.

– A inne osoby?

Wielu rzeczy nauczyłem się od Prof. Klausa Thomasa. Prof. Thomas, jako lekarz psychiatra, należał do wybitnych znawców problematyki samobójstw. W tym czasie w Berlinie jako mieście „zamkniętym” popełniano najwięcej samobójstw w Europie. W tych czasach na jego zaproszenie byłem uczestnikiem i prelegentem na wielu Sympozjach, które odbywały się w różnych miastach Niemiec, Szwajcarii i Austrii.

U K. Thomasa specjalizowałem się w zakresie problematyki psychosomatycznej, hipnozy, treningu autogennego i innych technik psychoterapeutycznych. Trening autogenny jako metodę relaksacyjną wprowadziłem na Kul-u i w kilku miejscach w Polsce.

K. Thomas był wyznania protestanckiego, ale był zainteresowany katolicyzmem i należał do tej grupy intelektualistów niemieckich, którzy byli na progu wejścia do kościoła katolickiego. Do nich należeli m.in. Krista Moeves, Joahim Illies, Paul Tounier, i wielu innych, których nazwisk już nie pomnę.

– Klaus Thomas przyjeżdżał do Polski?

– Oczywiście. Przyjechał do Polski na zaproszenie grupy „Polskich Księży Psychologów”. Witałem go na lotnisku w Warszawie. Spotkanie zaplanowano w Łomży. Thomas rozpoczął swój wykład na temat samobójstw wstrząsającymi słowami: „jestem świadom, że mówię w języku narodu, który tyle krzywd wyrządził Polsce… Przepraszam was za to, co było…” Głos mu się załamał, wytarł oczy, chwileczkę odczekał, aby się uspokoić i wygłosił piękny i pouczający dla nas wykład ze swojej dziedziny.

Później towarzyszyłem mu w krótkiej podróży po Polsce. Odwiedziliśmy „sierociniec” Korczaka, który wówczas był jeszcze słabo znany i z trudem można go było odnaleźć. Zaproponowałem wyjazd do Niepokalanowa. Spędziliśmy w klasztorze dwa dni. Tu muszę zatrzymać się by podzielić się dwoma, dziwnymi faktami. Rano, gdzieś około 6.00 wychodząc na celebrację do bazyliki w korytarzu zobaczyłem wyczekującego mnie Profesora Thomasa. Był bardzo podekscytowany. Okazało się, ze czekał na mnie, chodząc po korytarzu już od 5-ej. Wkrótce zaczął powoli mówić: „Bardzo chciałem z Tobą spotkać się. Całą noc nie spałem, bo przydarzyło się mi coś nadzwyczajnego. Przeczytałem „książeczkę”, którą wczoraj mi dałeś – biografię młodego Lutra, napisaną przez osobę, którą osobiście znam. Nie wiedziałem o tym… Nie wiedziałem o kulcie, jaki żywił do NMP młody Luter”. W drodze do bazyliki mówił dalej: „Herr Doktor, ja znam prawie wszystkie ośrodki kultu Maryjnego w świecie. Ale tu w Niepokalanowie odkryłem, że my za mało czcimy Maryję i teologicznie nie dopracowaliśmy sprawy kultu Maryjnego… Postanowiłem wycofać swoją książkę, którą już złożyłem w wydawnictwie o miejscach kultu i kulcie Maryjnym…”. Profesor wyraził życzenie wyjazdu do Częstochowy.

Pragnę naświetlić jeszcze jeden fakt. W przeddzień tej porannej rozmowy, Brat fotograf zaproponował, że zrobi nam zdjęcie pamiątkowe przed figurą NMP, która stała w ogrodzie przy Domu Pielgrzyma. Profesor, trochę niespokojny, tak ustawiał się, żeby figury nie było na zdjęciu. Ustawiliśmy się więc według życzenia Profesora. Po wywołaniu zdjęcia okazało się, że figura jest centralnie, a my na jej tle. Nie jest to podpowiadanie interpretacji, tylko stwierdzenie faktu.

Przed wyjazdem do Częstochowy byliśmy na obiedzie w stołówce Konwentu Braci. Poproszono Profesora o krótkie przemówienie, a mnie o tłumaczenie. Profesor mówił, trzymając w podniesionej ręce różaniec, który podarował mu Bp Ordynariusz Łomżyński. Pamiętam jego słowa: „Gdybym ja mógł dać swoim protestanckim pacjentom taki różaniec! Mógłbym im powiedzieć: trzymajcie się jego mocno, po tych paciorkach wspinajcie się wyżej…”. Wśród braci zapadło absolutnie głębokie milczenie, bo te słowa wypowiadał z pewnością i mocą.

Po południu wyjechaliśmy do Częstochowy. W pewnym momencie Profesor wyraził życzenie: „Herr Popielski, naucz mnie odmawiania różańca”. Uczyniłem o co mnie poprosił. W Częstochowie Profesor był z całym szacunkiem i godnością przyjęty. Zwiedził bibliotekę, arsenał, bazylike. Opowiem jeszcze jedno zdarzenie. Otóż celebrując mszę św. przy bocznym ołtarzu MB Częstochowskiej w pewnym momencie usłyszałem głośny szloch. Trwał on dłuższy czas. Był przejmujący i rozrzewniający. W odległym konfesjonale szloch ten słyszał starszy Paulin, który później mnie zapytał: „Czy to ten sławny Profesor tak płakał?” Nigdy nie pytałem o powód tego płaczu, ale domyślałem się jego przyczyny. Profesor był bardzo religijnym człowiekiem.

Efektem tych odwiedzin było nabożeństwo ekumeniczne w Instytucie Treningu Autogennego Schultza w Berlinie. Przygotowano pięknie przyozdobiony kwiatami ołtarz, gdzie postawiono obraz MB Częstochowskiej, który Thomas otrzymał od przeora Jasnej Góry. Profesor wygłosił prelekcję o kulcie Maryi u młodego Lutra. Ja zaś wygłosiłem referat o polskich pielgrzymkach na Jasną Górę.

Ks. Profesor kiedyś wspominał, że chętnie uczęszczał w wykładach wybitnych polskich i zagranicznych uczonych?

To było w pierwszych latach moich studiów w KUL. Zawsze mnie interesowało podejście różnych nauk przyrodniczych do człowieka. „Człowiek – pytanie otwarte” – tytuł pierwszej książki w połowie mojego autorstwa, w połowie pod moją redakcją. Interesujących postaci z tamtych czasów na KUL-u było wiele, np.: kilku wielkich Rektorów, Profesorów i pracowników którzy troszczyli się o „fizyczne” istnienie KUL-u i starali się ułatwić nam życie. Do postaci znaczących tego czasu należał Ks. prof. W. Sedlak – przyrodnik, twórca krzemowej teorii życia i wielu innych odkryć z dziedziny „rozwoju życia”. Chodziłem do niego na wykłady z garstką kolegów. Spotkania z nim zawsze były inspirujące i niepokojące. Byłem także z nim w górach Świętokrzyskich na badaniach struktury geobiologicznej gór. Muszę wspomnieć z tamtych spotkań o dziwnym doświadczeniu, które mógłbym nazwać „mistyką gór”. Przeżyłem wówczas coś w rodzaju „potęgi stworzenia”. Było to wielkie, religijne przeżycie stworzenia – coś jakbym czuł i rozumiał coś z tego „niech się stanie…”.

Inną osobą, o której chciałbym wspomnieć, Ks. Surus – był człowiekiem „otwartych drzwi”. Kapelan wielkiej kliniki chirurgicznej w Berlinie. Tam, gdzie się pojawił, wnosił wielki pokój „głębi”. Berlin, ze względu za swoją międzynarodowość i protestanckie koneksje jawił się jako trudne środowisko pracy duszpasterskiej. Ks. Surus był sercem tej pracy. Gromadził wokół siebie ludzi dobrej woli, a dla duszpasterzy – proboszczów Berlina, był wsparciem i przykładem otwarcia koleżeńskiego. Np. co tydzień przygotowywał obiady i organizował spotkania przyjacielskie. Wiedział, że proboszczowie nie mieli pomocy domowej i dobrze, jeżeli spotykali się ze sobą. Ks. Surus stawał się wówczas kucharzem – a miał ku temu mistrzowskie uzdolnienia. Częstował gości obiadem, stwarzał atmosferę do rozmów, Przy okazji musze powiedzieć, że z taką koleżeńską formą duszpasterstwa spotkałem się także w Ameryce. Jeden z proboszczów polonijnych, urodzony w Ameryce, rozwijał podobną formę duszpasterzowania koleżeńskiego.

Wspomnę również o braciach Księżach Bernardzie i Carlu Philbert. Mieszkali ze swoją matką w rodzinnym domu pod Monachium. Święcenia kapłańskie przyjęli w wieku dojrzałym mając po 40-ci parę lat. Bernard był z wykształcenia fizykiem kosmologiem. Carl – matematykiem. Święceń udzielił im bp. Grabmann ad solam missam – oznacza to, ze nie mieli żadnych obowiązków parafialnych, a eucharystię celebrowali w swoim domu. Bernarda poznałem w tym okresie jego twórczości, gdy miał zarejestrowanych ponad 100 patentów z dziedziny techniki w Urzędzie patentowym w Monachium. Szczególnie znanym był patent „silnika Philberta”, którym zainteresowały się firmy Australijskie. Z „jakimś” Philbertem, dyrektor firmy najpierw rozmawiał obojętnie, dopiero gdy dowiedział się z kim ma do czynienia – zaproponował kilkumilionową kwotę, aby kupić patent. Bernard te pieniądze przeznaczył na utrzymanie sierocińca w jednym z krajów Ameryki Południowej. Głośnym echem odbił się jego patent o „kapslowaniu” odpadów z reaktorów atomowych. Bernard był także autorem jednej z poprawek do Konstytucji RFN. Bracia Philbertowie spędzili długi okres czasu w Australii uczestnicząc w duszpasterstwie.

– Ksiądz Profesor wiele lat utrzymuje kontakty z Monachium. Czy miasto to stało się czymś szczególnym w życiu Ks. Profesora?

Wspominając Monachium – najpierw wspomnę Ks. Prof. E. Biesera. Był jednym z następców na Katedrze Romano Guardiniego na Uniwersytecie Monachijskim. Profesor jest człowiekiem o umyśle uniwersalnym. Większość swoich prac napisał w wieku emerytalnym. Spotkania były bardzo przyjazne, koleżeńskie, kapłańskie. Monachium to ciekawe miasto intelektualistów, m.in. Max Scheller, wielkich ideowych przeciwników Hitlera, chociażby ruch „Weise Rose”. Tu poznałem także uczonych Jezuitów: Ojca Schmidta i Bernharda Groma. Dyskusje z nimi były zawsze interesujące i owocne, a nade wszystko przyjazne.

Tu spotkałem także Ks. H. Kuglstattera, proboszcza kościoła St. Peter, któremu bardzo wiele zawdzięczam. Kiedy było mi trudno zorganizować w Polsce stosowną operację na serce, gdy dowiedział się, że w moim rodzinnym Lublinie nie ma takich możliwości – wówczas natychmiast polecił przyjechać do Monachium. Pojechałem. Na drugi dzień byłem już w klinice kardiologicznej. Załatwił wszystko, co było niezbędne dla prywatnego leczenia osoby z zagranicy – zorganizował pobyt w szpitalu, operację i rehabilitację. Hubercie, Ich danke Dier fűr mein zweites Leben… Nie opuścił mnie również w czasie mojej kolejnej operacji.

Nie wyobrażam sobie Monachium bez Richarda Friedricha. Był inżynierem, architektem, współbudowniczym zniszczonego po wojnie Monachium. Był świeckim mistykiem i czcicielem NMP. Nie żyje od kilku lat. Ryszardzie, dziękuję Ci za spotkania z Tobą.

Do postaci poznanych i zaprzyjaźnionych w Monachium należą Państwo Professor Jakob i Anna Wimmer. Państwo Wimmerowie byli i są Mistrzami w przygotowywaniu przyjęć świątecznych i stołu wielkanocnego z symbolami Zmartwychstałego. Zawsze zapraszają duszpasterza, aby poświęcił potrawy. Jacob w stosownym czasie zawsze daje koncert na organach, które ma w swoim mieszkaniu. Gdy jest taka okoliczność, z przyjemnością odwiedzam ten dom.

Nie daleko Monachium mieszka zawsze życzliwa ludziom osoba, Pani K. Reisberger. Będąc na zastępstwie w parafii Fischbachau, wyświęciłem kilka krzyży, które zostały odrestaurowane dzięki jej trosce i renowatorskim staraniom. Zdobią one teraz podalpejską wieś.

– Mój Rzym…

Wyjazd do Rzymu było zawsze moim wielkim marzeniem. Posiadałem nieco informacji o starożytnym Rzymie związanych z nauką języka łacińskiego w liceum Brodnickim. I nagle stało się. Pewnego razu zapytano mnie czy byłem w Rzymie. Odpowiedziałem, że nie. Jedna z Sióstr studiująca psychologię powiedziała, że Matka Generalna zgodziła się na zaproszenie mnie do Rzymu. Otrzymałęm bilet w Warszawie i wyruszyłem w kierunku Wiecznego Miasta. Ileż było przeżyć, myśli, wyobraźnia tworzyła obrazy. Dom Nazaretanek w Rzymie był nowocześnie zbudowany i pierwszy raz w życiu miałem do dyspozycji dwa pokoje z łazienką. Tam poznałem dzieje Nazaretanek z Nowogródka, rozstrzelanych w czasie wojny.

W Rzymie wspaniałym Cycerone była siostra Augustyna – paryżanka, prof. liceum w Paryżu. Znała Rzym bardzo dokładnie. Pełna mądrości, pogodności i chęci bycia moim przewodnikiem mi w Rzymie. Przygotowywała codziennie trasy do zwiedzania, następnie dokładnie mnie z tego przepytywała. Nie mogłem nasycić się widokami, historią, łacińskimi inskrypcjami, bazylikami i innymi cudownościami starożytnego Rzymu. Jestem wdzięczny siostrom za tę życzliwość.

Bilety, które odebrałem dawały mi możliwość przedłużenia jazdy aż na Sycylię. Odwiedziłem tam jednego psychologa-franciszkanina, który był w Lublinie. Tam, na Sycylii odwiedziłem starożytną świątynię pod Palermo-Monte Reale. Świątynia pełna złotych mozajek Chrystusa Panktocratora. Przeżyłem wówczas omal dosłownie słowa w Biblii „zdejmij buty swoje, bo miejsce na którym stoisz jest święte”. Wprost nie chciało się dotykać wspaniałej marmurowej posadzki. I to Chrystusowe spojrzenie z mozaiki w absydzie świątyni…

Kolejny raz odwiedziłem Rzym z okazji zaproszenia mnie na życzenie V. E. Frankla i E. Lukas, by poprowadzić kurs dla psychologów – psychoterapeutów uzależnień alkoholowych w Castel Gandolfo. Znów piękne mieszkanie, mili słuchacze, tłumacz oraz możliwość przekazania polskiej noo-psychoterapii. Korzystając z okazji pojechałem na Monte Cassino. Chciałem być w tym miejscu sławnym z historii związanej z Benedyktynami i wielkiej bohaterskiej sławy polskiego oręża. Chodziłem po cmentarzu wśród ponad tysiąca mogił zdobywców Monte Cassino. Długo wpatrywałem się w napis: „Przechodniu powiedz Polsce, ze zginęliśmy w jej obronie”. Miasto zmarłych… Wśród nich grób generała Andersa, Biskupa polowego Gawliny… Cmentarz ma pięknie pomyślaną architekturę. Prostą, uduchowioną i odradzającą przechodnia.

Przy okazji chce wspomnieć inny cmentarz – w Loretto. Dopytywałem się o jego położenie i przy okazji odwiedziłem go. Było południe. Słońce prażyło niemiłosiernie. Sympatyczne jaszczurki wygrzewały się na kamieniach. Podniosłem karteczkę z jednej z mogił, a na niej napis: „…Syn przyjechał odwiedzić ojca. Tatusiu, kochamy Cię. Śpij w spokoju. Żegnam Cię…”. Cmentarzem opiekowały się siostry Nazaretanki. Z własnej woli i chęci utrzymywały cmentarz i chroniły przed zadbaniem. Wówczas nikt inny tym cmentarzem oficjalnie nie zajmował się. Obok- niedaleko cmentarza – wielka wspaniałą Bazylika w Loretto. Jedna z kaplic poświęcona jest obrońcom tego kościoła. Polscy żołnierze weszli na wierzę, rozbroili pociski. Przewodnik wspominał, że nikt inny nie miał odwagi tego dokonać. Na pamiątkę tego wydarzenia jedna z kaplic poświęcona jest polskiemu bohaterstwu. Wspaniałe witraże zdobią tę kaplice. Jeden – obrona kościoła drugi – poświecony jest ks. Skorupce.

 

Na koniec kilka niedokończonych myśli.

– Książka, która nie powstała…

Skoro padło takie hasło, opowiem o książce, „która nie powstała”. Było tak. W czasie podróży naukowej do Stanów starałem się zebrać materiał do książki zbiorowej, która była pomyślana jako uczestnictwo wybitnych osobistości świata psychologii. Ochoczo zabrałem się do pracy. Wysłałem listy do kilku wybitnych specjalistów, którzy mieli ustosunkować się do problemów teoretycznych i metodologicznych z zakresu współczesnej psychologii. Ku memu zdziwieniu, Ci których o to poprosiłem – odpowiedzieli „tak” i przesłali mi teksty. Wśród nich m.in. byli: C. Rogers, R.B. Cattell, R. May, Beck, Friedmann, Eccels (laureat nagrody Nobla w dziedzinie neurofizjologii i badań nad mózgiem). Swój artykuł dodał do wyżej wymienionych Carl-Friedrich von Weizsäcker.

Wszystkie artykuły były w jednym egzemplarzu (wówczas nie było mowy o komputerze, mailach i ksero). Dałem trzem osobom do tłumaczenia. Jakimś dziwnym trafem losu, cztery artykuły zaginęły w trakcie przebudowy, przeprowadzek, itp. przypadków u osób, które podjęły się tłumaczenia. Na moją interwencję otrzymałem lakoniczną odpowiedź, że zaginęło to w trakcie prac i tyle… Stało się to dla mnie dużym ciosem. Zaniechałem wszelkich dalszych działań. Mojej własności nie zwrócono. I tak nie powstała zaplanowana, wówczas tak potrzebna książka. „…Mają książki swój los…”. A propos książek. C. Rogers przesłał mi cały zbiór ostatnich swoich książek, które wówczas nie były znane w Polsce. Paczka również nigdy do mnie nie dotarła. Było to w czasie stanu wojennego.

– Intuicja naukowa mnie nie zawiodła…

Tym sformułowaniem wywołała Pani wiele skojarzeń ważnych w moim naukowym życiu. Streszczę to w kilku punktach.

Od początku stała mi się bliska psychoterapia egzystencjalna nazwana przez V.E. Frankla Logoterapią. Frankl, jak wiadomo był lekarzem i psychiatrą klinicznym. Jego myśl dotycząca problematyki sensu i wartości jako najgłębszej motywacji „w” życiu i „dla” życia rozwinęła się po II wojnie światowej i jej okropnościach. Skupię się na rozwoju tej myśli w Polsce. Na KUL-u w Katedrze Psychoterapii i Psychologii Zdrowia, którą zaproponowano mi po prawie 15 latach obecności w katedrze Psychologii Klinicznej i Osobowości prowadzanej przez Prof. Z. Płużek. W okresie kierowania własną Katedrą powstały następujące prace książkowe: Człowiek – pytanie otwarte (1987, red.), Noetyczny wymiar osobowości (1994), Człowiek – wartości – sens (1996, red.), W kierunku psychologii podmiotu osobowego (w języku słowackim) (2001, red.), Psychologia egzystencji. Wartości w życiu (2008), Wartości dla życia (2008, red.), oraz szereg artykułów naukowych. Wszystkie koncentrowały się na tym, co nazwałem i określiłem jako „noetyczny wymiar osobowości”. Wraz z wymiarem psychicznym i fizycznym egzystencji tworzy on całość ludzkiej egzystencji. Podmiot-osobowy i duchowość egzystencji zapoczątkowane przez Frankla we współczesnej psychologii stały się przedmiotem zainteresowań naszej polskiej psychologii. W swoim czasie przyniosły mi to kilka miłych i znaczących wyróżnień: Złota Odznaka Polskiego Towarzystwa Higieny Psychicznej (Warszawa 1985), Jubileuszowa Złota Odznaka Polskiego Towarzystwa Pedagogicznego (Poznań 1999), Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski (Warszawa 2000), Wielka Nagroda Miasta Wiednia im. Viktora E. Frankla (Wiedeń 2001), Doctor Honoris Causa – Trnawskiego Uniwersytetu w Trnave (Słowacja) (2001), Medal Ogińskiej za zasługi dla Humanizacji Nauki (Siedlce 2003), Medal Komisji Edukacji Narodowej (Warszawa 2009), Statuetka Prezydenta Miasta Kielc za 10-letnią współpracę naukową ze środowiskiem psychologiczno-psychoterapeutycznym w Kielcach (Kielce 2010).

– Ks. Profesor już od ponad 15 lat współpracuje z Uniwersytetem w Trnave.

Tak to jest wielkie osiągniecia naukowo-dydaktyczne za granicą. Przed laty spotkałem się z kolegami nowo odrodzonego Uniwersytetu w Trnave. Zaproponowali mi wykąłdy dla studentów. Był i jest to polski eksperyment przeszczepienia naszych osiągnięć w noo-psychoterapii. Był i jest to piękny czas przygody z nauką. Młodzież tak bardzo chciała i potrzebowała tej myśli. Spotkałem tam wspaniałych ludzi, pełnych zapału i pomocnych w zorganizowaniu reaktywacji bogatego w kilkusetną tradycję Uniwersytetu. Wymienię tu kilka osób, do których chętnie powracam: Prof. P. Blaho (były Rektor TU), doc. J. Hlinicki, doc. E. Klčovanska, doc. E. Nanistova, doc. J. Stempelova, doc. M. Mraz oraz nieżyjący już przyjaciel Prof. O. Kondaš. Na TU załozono Instytut Psychologii Egzystencjalnej i Noo-logoterapii, którego jestem honorowym Prezydentem. W ramach tego Instytutu zorganizowano trzy kursy z zakresy noo-psychoterapii. Tu spotkał również zaszczyt uhonorowania mnie tytułem Doctor Honoris Causa (2001).

 

– Miejsca miłe memu sercu…

Jest ich wiele. Tam, gdzie jest mój rodzinny dom, a więc Brodnica n/Drwęcą. Lata piękne, w trudnym czasie powojennym, lata „sielskie i anielskie…” Liceum w Brodnicy, Pelplin – Wyższe Seminarium Duchowne. No i Lublin, KUL – miasto moich Jubileuszy, Katedra Psychoterapii i Psychologii Zdrowia, którą budowałem od samych podstaw.

Oczyma mojej wyobraźni ogarniam wszystkie Uniwersyteckie miasta w Polsce. Wiedeń – gdzie spędziłem pod okiem Prof. Frankla prawie rok, potem częste przyjazdy i spotkania. Monachium – miasto pięknych świątyń, gdzie spotkałem wiele przyjaznych i życzliwych mi osób (m.in. monachijskiego Przyjaciela Ks. Prałata Genzweina). Trnava – miasto głębokich tradycji uniwersyteckich i życzliwych przyjaciół.

Myśl leci do bliskiego memu sercu miasta św. Piotra – Rzymu, mógłbym trwać w kulturze i geniuszu tego miasta bez końca.

Sięgając na wschód – wędruję do miasta ukołysanego szumem Wilenki – do Wilna, miasta Mickiewicza… i nad Niemen do Grodna i Nowogródka, gdzie spoczywają nazaretanki, które ofiarowały swoje życie za ojca rodziny.

Zupełnie innym rodzajem spotkań z mentalnością sposobną i wrażliwą na myśli egzystencjalne były odwiedziny i sympozja w Moskwie (RAN, Uniwersytet im. Łomonosowa), Petersbug.

Ale myśl zawsze wraca do Lublina i do KUL-u, gdzie mogłem i podjąłem myśl o egzystencji „która jest i staje się…”.

Dziękuję za wspaniałą rozmowę.

 

 

Lilia Suchocka

 


[1] Popielski K. (1972). Rola Idei Wiodącej w procesie integracji osobowości. Summarium 2, s. 253-258.